Marzyłem o tym od dziecka.
W ceglanych, bezdusznych murach krakowskiej kamienicy tęskniłem za Murzasichlem. Tam na skraju świerkowego lasu stał stary, drewniany dom rodzinny mojej mamy.

Do dziś zapach wyszorowanego drewna łapie wzruszeniem za gardło. Zaklęta jest w nim świeżość żywicy, radość wakacji, ciepło świąt, wieczorny powrót z gór i w ogóle cały ten "kraj lat dziecinnych, co zawsze zostanie piękny i czysty jak pierwsze kochanie".

Potężne, smrekowe pnie ściągał koniem z Doliny Pańszczycy kilkadziesiąt zim temu mój pradziadek. Pomagała mu córka - moja babcia. Miała wtedy 16 lat i opowiadała, że z mrozu i zmęczenia nie mogła utrzymać w rękach lejcy.

Dziś masywne, szerokie płazy dają poczucie bezpieczeństwa. Chronią przed mrozem, upałem i zawieruchami dziejowymi. Żadna z nich nie jest anonimowa. Każda specjalnie dobrana, starannie obrobiona, posiada niepowtarzalny jak linie papilarne układ słojów. Tworzą subtelną, wyrafinowaną grafikę.

W tym drewnie zapisana jest historia. Być może ta niepozorna, lekko wygięta linia słoja, prawie w środku płazy powstała w roku wybuchu Powstania Listopadowego, a tamta, tuż obok ciemnego sęka pamięta Wiosnę Ludów.
Znam je wszystkie na pamięć. Tyle razy błądziłem po nich wzrokiem. I gdy gorączkowałem chory na świnkę i gdy słuchałem jak Amerykanie lądują na Księżycu i gdy zbierałem odwagę, by wziąć pierwszy raz za rękę dziewczynę.
Wbicie gwoździa w taką płazę boli jak skaleczenie własnego ciała.

Doskonale pamiętam też każde pęknięcie drewna na zewnątrz domu. Kolejne pokolenia rodziny trenowały tu wspinaczkę. Najtrudniejsza była poczerniała ściana północna - z litych płazów, bez okien.
Startowało się węgłem do góry, a potem systemem przyjaznych pęknięć w szóstej płazie przesuwało w lewo. Gdy pęknięcia zanikły należało zaczepić opuszki palców za niewielki sęczek i sięgnąć maksymalnie daleko w lewo, podchwytem do następnej szpary, podchodząc jednocześnie nogami dwie płazy wyżej na pochyły oflis.

Na ścianie tej jako dzieci rozgrywaliśmy też zawody w sikaniu wzwyż. Nie pamiętam już kto zwyciężał, ale niezła była moja kuzynka, osiągając wysokość chyba czwartej płazy. Do dzisiaj nie wiem jak to robiła.

Gdy wieczorem kładłem się zmęczony, wzrok wędrował ku powale. Przesuwał się po starannie obrobionych deskach, precyzyjnie wciętych w podtrzymujące je tragarczyki i zatrzymywał się na potężnym, finezyjnie rzeźbionym sosrębie. Miękkie linie wyciętych z idealnym wyczuciem motywów harmonijnie wpisywały się w naturalny układ struktury drewna. Fascynował mnie zwłaszcza pyszniący się, zamiast tradycyjnej rozety na środku sosrębu, orzeł w koronie z datą R.P. 1927.

Kolejne zawieruchy wojenne przewalały się przez świat, upadały systemy polityczne, a dom
trwał wraz z tym godłem. Jak żywy organizm pięknie starzał się razem ze swoimi mieszkańcami. Bielusieńkie w czasach młodości ściany nabierały od wewnątrz stopniowo ciepłej,
miodowej barwy, a od zewnątrz zaczynały się pomału złocić, aby z biegiem lat głęboko zbrązowieć. A gdy babcia je szorowała - bielały i tylko po coraz bardziej uwypuklonym rysunku słojów znać było patynę czasu.

Potężne płaziska trzeszczały i stękały z wysiłku, opierając się wiatrom halnym.
- Drewniany dom żyje - mawiał dziadek, przysłuchując się tym zmaganiom.
A mnie wydaje się, że jak każda żywa istota poprostu ma duszę.

Dlaczego więc mam mieszkać w ścianach z cegły, betonu, styropianu
czy nawet plastiku, skoro mogę zamieszkać w płazach ?

A.O.